Sebastian Cybulski: teatr to forma romansu między aktorem a widzem

27 marca 2015

O początkach aktorstwa, grze w teatrze i miejscu teatru w sztuce opowiada Sebastian Cybulski.

Sebastian Cybulski

Sebastian Cybulski – aktor teatralny, filmowy, telewizyjny, dubbingowy. Związany z teatrami, m.in. w Warszawie z Teatrem Kwadrat, Komedia, WARSawy, Scena Prezentacje, a także w Poznaniu, Katowicach, Radomiu. Wolny duch, wolny zawód. Znany szerszej publiczności z seriali: Barwy Szczęścia, Czas honoru, Na dobre i na złe, czy z filmów: Kanadyjskie sukienki, Historia Roja.

Pamiętasz swoją pierwszą rolę?

Sebastian Cybulski: To zależy co nazywamy pierwszą rolą. Podobno od zawsze byłem skory i chętny do publicznych występów, czego nie mogę potwierdzić, bo dla mnie to była dziecięca zabawa: wyjść na scenę i trochę się powygłupiać. A świadomie, to przed szkołą moją pierwszą rolą była postać Krzyśka w psychologicznej komedii Gry Adama w reżyserii autora Radka Figury w warszawskim Teatrze Stara ProchOFFnia. Po studiach, pierwszą prawdziwą rolą, już jako aktor zawodowy z tytułem magistra sztuki, był Siemion w spektaklu Bobok / Był sobie BOBOK na podstawie opowiadań Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Grigorija Lifanova, gdzie poznałem jak można stworzyć surrealistyczną, ale pełnokrwistą postać. Natomiast w spektaklu Proca Nikolaja Kolady w reżyserii Romualda Szejda z warszawskiego Teatru Scena Prezentacje dostałem szansę na zagranie pierwszej wiodącej roli w spektaklu, co było nie lada wyzwaniem.

Skąd pomysł na aktorstwo? Od zawsze wiedziałeś co chcesz robić w życiu?

SC: Skądże znowu. Wspomniane wcześniej wygłupy z dzieciństwa o niczym nie świadczyły. Co i rusz chciałem robić coś innego, być kimś innym. Raz – piłkarzem, raz – księdzem. Potem pilotem, następnie policjantem. Ciągle mi się to zmieniało. Później się okazało, że jest jeden zawód, który mi pozwala na takie wszędobylstwo – aktorstwo właśnie.

Co najbardziej pociąga Cię w tym zawodzie?

SC: Jego nieprzewidywalność, która nie pozwala osiąść na laurach. Trzeba być ciągle w ruchu, ciągle w dobrej kondycji aktorskiej. Po ukończeniu szkoły wyższej ani na chwilę nie przeszło mi przez myśl, że teraz jestem już aktorem. Aktor musi cały czas się rozwijać i musi mu zależeć, bo inaczej marny jego los.

Którego z aktorów najbardziej podziwiasz? Kto należy do Twojej plejady gwiazd?

SC: Z mojego punktu widzenia, podziwianie jest czymś innym, nie jest zależne od popularności danego aktora. Ale cenię sobie od zawsze to, co robił i robi nadal Janusz Gajos, którego miałem szczęście spotkać na swojej drodze zawodowej. Jeszcze jako student na trzecim roku studiów w łódzkiej Filmówce cały semestr pracowaliśmy nad fragmentem Burzy Shakespeare’a. Cenię sobie jego podejście do zawodu i poświęcenie. Spoza polskiego podwórka, to lubię podglądać, ale to już w filmie Christiana Bale’a, i chciałbym być jak Robert Downey Jr., jak będę w jego wieku. (śmiech)

Kiedy sam powiesz, że jesteś aktorsko spełniony?

SC: Po części uprzedziłem to pytanie chwilę wcześniej, ale szczerze powiedziawszy, to mam nadzieję, że nie nadejdzie taki moment… No chyba, że jak będę żegnał się z tym zawodem, bo na przykład uznam, że jestem spełniony na swój sposób i nie widzę dla siebie dalszej drogi rozwoju. Albo jak będę leżał na łożu śmierci, to wtedy pewnie zrobię sobie rachunek sumienia i może dojdę do wniosku, że coś tam jednak w życiu aktorskim osiągnąłem i stwierdzę, że się spełniłem. Czyli jakby na to nie spojrzeć, spełnienie przyjdzie, a może i nie, na końcu tej aktorskiej wycieczki.

Jakie różnice odczuwasz między pracą na deskach teatru a na planie filmowym?

SC: Różnice mogą zabrzmieć banalnie, ale w teatrze masz bezpośredni kontakt z człowiekiem na widowni. Czujesz jego obecność, tak jak i on czuje Twoje emocje ze sceny. To jest taka forma romansu między aktorem a widzem. Nie zawsze jest spełniony, ale jest odczuwalny na bieżąco. I jest to powtarzalne przy każdym przedstawieniu, oczywiście za każdym razem z odmiennym skutkiem. Natomiast w kinie kreujesz sobie świat jedynie na chwilę, która jest wyłapywana przez kamerę, a potem ten świat, ta zatrzymana chwila zostaje uwieczniona na umownej taśmie na zawsze. I będzie tam istniała wiecznie. I dopiero w konfrontacji z widzem w kinie można się dowiedzieć jaki przyniosła efekt, którego już nie zmienisz, bo to już się zapisało. W teatrze jeżeli coś jednego dnia pójdzie nie tak, przy następnej okazji można zmienić, poprawić.

Czym jest dla Ciebie kontakt z żywą publicznością?

SC: Jest wieczną tremą, niepewnością, niewiedzą na kogo się natknę po drugiej stronie. Taka adrenalina, jak przy pierwszej randce, mogę nawet powiedzieć, że przy takiej randce w ciemno. Ekscytacja jest do momentu pierwszego oddechu na scenie, kiedy kurtyna pójdzie w górę, kiedy rozbłysną pierwsze światła.

Co znaczy dla Ciebie teatr?

SC: Skojarzyło mi się to z sentencją K. S. Stanisławskiego „Kochaj Teatr w sobie, a nie siebie w Teatrze”. Takie proste zdanie oddaje to, jak podchodzę do pracy, sztuki. Ktoś powie, że to idealistyczne podejście, ale staram się tego trzymać jak najmocniej się da, nie idąc na łatwiznę i nie idąc na kompromisy.

Dlaczego warto chodzić do teatru?

SC: Pominę prozaiczne kwestie tj. że jest to odskocznia od rzeczywistości, że można się dobrze bawić albo poważnie zastanowić nad poruszanymi tematami na scenie, czy też, że po prostu do teatru powinno się chodzić, żeby móc wyrobić sobie własne zdanie. Teatr od zawsze towarzyszył ludzkości, od wieków powtarza się ciągle te same historie. Np. Król Lew to taka wariacja na temat Hamleta Shakespeare’a, ale i tak ta animacja jest jedną z najlepszych w historii Disney’a. Istotą jest fakt interpretacji rzeczywistości, która nas otacza. Historia pokazuje, że jedna sztuka w zależności od czasów, w których została zrealizowana i do których się odnosiła, niby z tym samym tekstem, ale właśnie między słowami odnosi się zupełnie do innych realiów, została inaczej przeanalizowana. Zawarty jest przekaz, który daje do myślenia każdemu pokoleniu. Bo obecnie może nie do końca zrozumielibyśmy Dziady Adama Mickiewicza zrealizowane przez Andrzeja Wajdę, a co innego jest w tych samych Mickiewiczowskich Dziadach we współczesnym teatrze. Ale i tak, na koniec może okazać się, że ktoś kto siedział obok nas odebrał przekaz ze sceny w zupełnie inny sposób, a to prowokuje do rozmowy, do wymiany myśli. I to jest piękne, że nie tylko nawiązuje się dialog między aktorami ze sceny a widzem. Fajnie jest czasami porozmawiać na trochę inne tematy, niż co ostatnio jadłem albo gdzie ostatnio piłem i się bawiłem. Poza tym, trzeba mieć świadomość, że idąc do teatru jest się jego współtwórcą. W sensie, że siedząc na widowni nie jesteśmy tylko anonimową grupą osób, która patrzy w jedną stronę. Widz wywiera kolosalne wrażenie i ma wpływ na dany spektakl. Aktor, jak mówiłem wcześniej, wyczuwa widownię, i za każdym razem spektakl jest inny, świeższy. No i trzeba dodać, trochę smaczków. Jaka to gratka kiedy trafimy na spektakl, gdzie wydarzy się coś zupełnie niespodziewanego na scenie, coś takiego czego nawet aktor by się nie spodziewał i możemy być świadkiem aktorstwa w najczystszej postaci – improwizacji na temat i ratowania sytuacji przez aktora, tak żeby spektakl mógł toczyć się dalej. Takie wypadki potrafią być wzruszająco komiczne.

Dziękuję za rozmowę. 

Agnieszka Zawadka

Agnieszka Zawadka

Ambasadorka teatru z zamiłowania, pedagog z wykształcenia, marketerka z zawodu, amatorka fotografii z doskoku. Zawsze blisko ludzi, ich potrzeb i emocji. Angażuje się we wszystko, co czuje, że warto robić.
Agnieszka Zawadka

Latest posts by Agnieszka Zawadka (see all)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*